Saturday, 25 April 2026

Wyprawa Politechniki Poznańskiej do Afganistanu 1978

To zapis rozmowy z moim Tatą, Leszkiem Ciesielskim, emerytowanym wykładowcą Politechniki Poznańskiej. Nie miałem czasu jej porządnie wyedytować, ale publikuję w takim kształcie, bo chciałbym znaleźć kontakt z innymi osobami, które uczestniczyły w wyprawie.

No wiem, że chyba było nas - 10 osób nas jechało. Ale nazwisk już nie pamiętam. Twarze widzę, ale.. Z pracowników Politechniki byłem sam. I to jeszcze w bardzo dziwny sposób się złożyło, bo moi studenci zaczęli to organizować, najpierw to robiła jedna grupa, ale nie zdążyli przygotować i skończyli studia. Potem zaczęła druga grupa robić. No tym lepiej szło, ale jak poszli do rektora żeby wyraził zgodę, to rektor powiedział, że mają program naukowy napisać. A ponieważ ja się opiekowałem u nas kołem naukowym, no to przyszli do mnie, żebym im pomógł w tym. No to napisałem im jakiś program.

Kołem naukowym którym?

Tworzyw sztucznych. Napisałem im program naukowy, wymyślony, no bo kurczę. No co mam wymyślić na wyjazd do Afganistanu. No to wymyśliłem ocenę zachowania tworzyw sztucznych w wyniku ciągłego naświetlenia podzwrotnikowym światłem słonecznym. Tak to miało zadziałać. Ponaszywaliśmy na dach ten towarowy próbki, i te próbki były eksponowane na światło słoneczne intensywne. Jak poszli z tym programem, rektor powiedział - ale niech to ktoś podpisze z pracowników naukowych - no to oczywiście do mnie przyszli. Ja im podpisałem, zaczęli organizować, no to rektor powiedział “jak Ciesielski podpisał to niech Ciesielski kieruje teraz wami.” I w ten sposób zostałem przydzielony, żeby z ramienia uczelni to nadzorować i jechać. Oni wszystko załatwiali, ja im starałem się pomagać. A jeszcze do tego trzeba pamiętać, jakie to były czasy. To był 77 rok tak w zasadzie jak zaczęli robić. Taki późny Gierek, gdzie już wiele towarów było na kartki, gdzie już zaczęło wszystkiego brakować. Wpadli jednocześnie na pomysł, żeby samochody dostać na ten wyjazd na próbę od Tarpana, no to wzięli na wyjazd syna dyrektora Tarpana, który studiował też na Politechnice. No i dyrektor Tarpana tam popierał to wszystko i przydzielił nam eksperymentalne Tarpany z silnikami Fiata. Przedtem Tarpany miały silniki Warszawy - takie ciężkie silniki. Te miały silniki Fiata, już bardziej nowoczesne. Mieliśmy dostać z Tarpana pieniądze na paliwo. Mieliśmy dostać - obliczono - że tam rzędu dwa i pół do trzech tysięcy dolarów na ten wyjazd. A z kolei trzeba pamiętać, jaka to była olbrzymia kwota. Moja pensja adiunkta na uczelni wynosiła mniej więcej trzydzieści dolarów miesięcznie. 

Czyli dziesięcioletnie wynagrodzenie?

Tak. Taka to była kwota. Ale się okazało, że to już właśnie były problemy, nagle dyrektor powiedział, że nie będzie dewiz, bo nie mają. I albo się zrzucimy i pojedziemy, albo nie pojedziemy. No to się złożyliśmy, nie pamiętam, po jakieś 180 dolarów, się składaliśmy, liczyliśmy, że powinno wystarczyć. 180 dolarów których zresztą nie miałem i które pożyczyłem. 180 dolarów to był 6 moich pensji. No z kolei trzeba było mieć jakiś prowiant, żeby pieniędzy nie wydawać za granicą. Poszliśmy do Amino, za pracę w Amino dali nam zupy w proszku, tam jakieś inne potrawy w proszku, dziewczyna która z nami jechała miała ojca który był w kwaterunku wojskowym to dostaliśmy konserwy wojskowe, jeszcze coś tam dostaliśmy. Mieliśmy dużo swojego prowiantu, właściwie na całą podróż. A poza tym studenci ułożyli plan - że na przykład w Polsce kupili alkohol który gdzieś tam potem sprzedajemy. Kajak zabraliśmy, gdzieś tam sprzedamy. Po drodze jak coś tam sprzedamy, to znów kupujemy, sprzedajemy dalej. I cała taka rozpiska była jak my tam będziemy handlować. I rzeczywiście tak było. Ciągle coś sprzedawaliśmy, kupowaliśmy nowego, zarabiając na tym pieniądze na podróż. Efekt był taki, że jak wróciłem do Polski, to nie dosyć, że całe to 180 dolarów oddałem od razu, bo miałem, to w dodatku przywiozłem różne dobra ze sobą. Kożuch na przykład.
Jechaliśmy przez Czechosłowację, Węgry, Rumunię, Bułgarię, do Grecji, do Salonik, wzdłuż wybrzeża Adriatyku, przez Grecję do Turcji, do Istambułu, potem do Ankary, do granicy Irańskiej.

W którym momencie jechaliście?

Wyjechaliśmy gdzieś w czerwcu ‘78. Jeszcze to było tak, że nie mieliśmy wizy. W czerwcu wyjeżdżaliśmy a w kwietniu był w Afganistanie taki przewrót, gdzie obalono władzę, nowy premier był i prezydent powołany, były duże walki - widzieliśmy po drodze potem rozbite wozy bojowe. Oficjalnie Rosja się nie wtrącała, ale widzieliśmy rosyjskie - radzieckie - uzbrojenie. Potem widzieliśmy żołnierzy afgańskich, zamiast mundurów mieli jakieś takie dresy, karabiny to mieli chyba z pierwszej wojny światowej - jak karabin miał na ramię założony to kolba prawie do ziemi sięgała. Jak się jednemu takiemu żołnierzowi przyglądałem to z kieszeni wyciągnął naboje i pokazywał, że naboje też ma do tego karabinu, że może strzelać. A jak zobaczyłem żołnierza, który był w porządnym mundurze, kałasznikowa tutaj miał na piersi, ja taki zdziwiony na niego patrzę, a on do mnie Nu szto ty, afgańca nie widiał? Rosjanie już też tam byli. Iran jeszcze wtedy był pod wodzą szacha. Po przejechaniu z Turcji do Iranu mieliśmy wrażenie, że znaleźliśmy się w super-Europejskim państwie.

Tam były wtedy bardzo mocne wpływy angielskie?

Tak. Turcja była do Istambułu. To była Europa. Od Istambułu do Ankary, no, jeszcze. A za Ankarą  to dziki wschód.

A do Grecji nie potrzebowaliście wizy?

Inne wizy mieliśmy pozałatwiane, problem był tylko taki, że na przykład dopiero w Rumunii załatwialiśmy wizy do Afganistanu. Ale wszystkie pozostałe mieliśmy załatwione. I podziwialiśmy Iran, spokój, dobrobyt jaki tam był, taką nowoczesność szczególnie. Ale zaczynały się tam już studenckie rozruchy. I nawet widzieliśmy takie klatki…

To było kiedy? Lipiec?

To był lipiec. Nawet takie klatki w których rebeliantów zamykano, studentów. To głównie studenci zaczęli rozróbę. No a potem się tak porobiło, że szacha przegnali, szach wyjechał, wrócił ten, ajatollah Khomeini, bardzo go witali, ale w pewnym momencie wprowadził takie religijne państwo, strasznie, że już nie mogliśmy potem wracać przez iran. Granica irańsko-afgańska została zamknięta, dalej nie mogliśmy jechać bo tam powódź była…

Znaczy gdzie? W Afganistanie dalej?

Na granicy Pakistanu. Przez Pakistan nie mogliśmy przejechać do Indii. Myśmy chcieli do Indii jechać. Objechaliśmy taką pętlę po Afganistanie do Kabulu. W kabulu dwa tygodnie siedzieliśmy, żeby załatwić sobie wizę, zgodę na przejazd przez Związek Radziecki. Bo tam już też był taki stan wojny. W Afganistanie nie było wtedy żadnej linii kolejowej, przez graniczną rzekę, przez Amudarię, nie było żadnego mostu, przeprawa była takim no rodzajem promu. I też, no byliśmy dwa tygodnie, ambasada nam nic nie pomogła, uważali, że przyjechaliśmy w celach handlowych, że tylko handlujemy, i wtedy zobaczyłem jak żona ambasadora z naręczami kożuchów wchodzi do ambasady. No tak, my handlujemy, a oni nie. To się na nas obrazili. Ale bardzo fair zachowywali się pracownicy ambasady radzieckiej. Załatwili nam te wizy, na określony termin. Znaczy mieliśmy się tego i tego dnia zjawić na granicy i wtedy przejedziemy, przeprawimy się przez granicę. Rzeczywiście tak było. Właściwie to by długo opowiadać o tym przejeździe. Samochodami przez Hindukusz jechaliśmy, drapaliśmy się na przełęcz która była na wysokości gdzieś tam prawie cztery tysiące metrów, na dole był upał jak cholera a na górze jak dojechaliśmy to zakładaliśmy wszystko, co mieliśmy. Potem na granicy się okazało, że jednak trzeba trochę poczekać na transport, a okazało się, że szef celników na granicy to był Afgańczyk, który w Polsce studiował, mówił po polsku, więc nas ugościł, bardzo się cieszył, że Polaków spotkał, no a my z kolei nie byliśmy zupełnie przygotowani, że będziemy jechać przez Związek Radziecki. No ale znowu wywiad studencki, co mamy kupić, nakupiliśmy taki materiał, specjalny, wzorzysty, materiał i gumy do żucia, które potem, po drugiej stronie, to sprzedaliśmy po stronie radzieckiej, w Uzbekistanie. To było na jakieś ich stroje regionalne. Za to mieliśmy ruble do poruszania się po Związku. Dwa tygodnie wędrowaliśmy przez Związek Radziecki, ale już nie samochodami, bo nam powiedzieli Rosjanie, żeby nie jechać przez Kazachstan, bo tam strzelają jeszcze. Tam jeszcze były organizacje które walczyły z komuną. Wtedy nie wiedziałem, ale dużo po tym, po latach, takie publikacje czytałem o nacjonalistyczno-burżuazyjnym odchyleniu w Kazachstanie w tym czasie. Nadaliśmy samochody na pociag, wysłaliśmy to też załatwialiśmy, żeby to można było załatwić, bezpłatny był transport, wysłaliśmy do Polski a sami..

Przyjęli? Jako co? Wyprawę naukową? 

Tak! Wiesz, był problem, łaziłem od jednego do drugiego decydenta, i tak tłumaczyłem. Każdy mówi: trzeba zapłacić. W końcu wpadłem na pomysł i poszedłem do komitetu partii. Słuchajcie towarzysze, to jest dobro państwowe, my pojechaliśmy z wyprawą naukową, żeby sprawdzić, teraz wracamy, sytuacja się zrobiła taka, że nie mogliśmy z powrotem jechać, musimy się przeprawić przez związek radziecki, nie mamy pieniędzy na to. Tak, dobro państwowe, to trzeba pomóc. To trzeba załatwić. Jeden telefon i przyjęli na stacji przesyłkę, wysłali do Polski.

Jechaliśmy dwoma tarpanami z przyczepami.

I to wszystko wróciło?

Wszystko. To pojechało, a sami, mimo, że mieliśmy napisane, że w przeciągu 4 dni mamy najkrótszą drogą opuścić Związek Radziecki, to myśmy sobie pojechali do Samarkandy, do Bukhary, oglądaliśmy te rzeczy (Jedwabny Szlak), a potem się puściliśmy pociągiem z Samarkandy. A, w takim hotelu jeszcze mieszkaliśmy robotniczym, słyszeliśmy przez dwa dni muzykę. Poszliśmy zobaczyć, a tam się okazało, żeby było uzbeckie wesele,